Policjanci z Opola rozbili rozbudowany proceder związany z fałszywymi badaniami technicznymi pojazdów. To sprawa, która powinna zaniepokoić każdego kierowcę – na polskich drogach mogły przez lata jeździć samochody z niezbadanym stanem technicznym, a mimo to posiadające ważne przeglądy. Według ustaleń śledczych niektórzy diagności mieli potwierdzać sprawność samochodów, których nawet nie widzieli na oczy. W sprawie pojawiło się blisko 200 zarzutów, a zatrzymanym grożą poważne konsekwencje karne.
Skala procederu i sposób jego działania są wyjątkowo niepokojące – tym bardziej że mógł on funkcjonować przez co najmniej cztery lata, zanim organy ścigania podjęły skuteczne działania.
Jak działał proceder? Wystarczyły zdjęcia, samochód nie musiał się pojawiać
Z ustaleń funkcjonariuszy wynika, że w procederze uczestniczyło czterech diagnostów w wieku od 35 do 54 lat. Mężczyźni mieli wystawiać pozytywne wyniki badań technicznych bez przeprowadzania faktycznej kontroli pojazdu. Zamiast rzeczywistej inspekcji wystarczały im jedynie zdjęcia auta, tabliczki znamionowej, licznika oraz fotografia dowodu rejestracyjnego. Samochód nie musiał pojawić się na stacji kontroli pojazdów, a mimo to w systemie pojawiał się wpis potwierdzający jego sprawność.
To oznacza, że auta z poważnymi usterkami – niesprawnym układem hamulcowym, zużytymi oponami, wadliwym oświetleniem czy innymi defektami zagrażającymi bezpieczeństwu – mogły legalnie poruszać się po drogach, posiadając ważny wpis w dowodzie rejestracyjnym. Skala zagrożenia dla innych uczestników ruchu drogowego jest trudna do oszacowania.
Pośrednicy szukali klientów w mediach społecznościowych. Cena? Około tysiąca euro
W organizacji całego procederu kluczową rolę odgrywali pośrednicy. Dwóch młodych mężczyzn w wieku 22 i 24 lat miało aktywnie wyszukiwać klientów – często poprzez media społecznościowe. Oferowali pomoc właścicielom samochodów, które mogłyby mieć problem z przejściem standardowego badania technicznego. Za „załatwienie” przeglądu żądali około tysiąca euro. To właśnie oni przekazywali diagnostom zdjęcia pojazdów oraz pieniądze za wystawienie dokumentów.
Kwota tysiąca euro za fałszywy przegląd pokazuje, że mowa o zorganizowanym, dochodowym biznesie – a nie o incydentalnych przypadkach korupcji. Klientami byli prawdopodobnie właściciele pojazdów, które nie miały szans przejść oficjalnej kontroli ze względu na zły stan techniczny, wiek auta lub inne nieprawidłowości.
Cztery lata działalności, setki podrobionych badań i akcja policji
Śledczy ustalili, że nielegalny proceder mógł działać nawet przez cztery lata. W tym czasie wystawiono wiele zaświadczeń o pozytywnym wyniku badania technicznego dla pojazdów, które w rzeczywistości nie zostały sprawdzone. Policjanci z wydziału do walki z korupcją przeprowadzili akcję zatrzymań 24 lutego. Podczas przeszukań zabezpieczono między innymi dokumenty, telefony komórkowe, gotówkę oraz dane z systemów diagnostycznych.
Zabezpieczone dane z systemów diagnostycznych mogą okazać się kluczowe – pozwolą ustalić, ile pojazdów objęto fałszywymi przeglądami oraz zidentyfikować ich właścicieli. Policja zapowiada, że śledztwo ma charakter rozwojowy, co oznacza, że lista podejrzanych może się jeszcze wydłużyć.
Blisko 200 zarzutów i groźba 10 lat więzienia
Diagności usłyszeli ponad sto zarzutów związanych z przyjmowaniem korzyści majątkowych i poświadczaniem nieprawdy w dokumentach. Z kolei pośrednicy odpowiedzą za wręczanie łapówek i organizowanie całego procederu. Łącznie w sprawie pojawiło się blisko 200 zarzutów. Wszystkim podejrzanym grozi kara nawet do 10 lat pozbawienia wolności.
Warto przypomnieć, że poświadczanie nieprawdy w dokumentach urzędowych – a takim dokumentem jest zaświadczenie o badaniu technicznym – to w Polsce poważne przestępstwo. Diagności uprawnieni do przeprowadzania przeglądów działają na mocy specjalnych uprawnień państwowych, a ich obowiązkiem jest rzetelna ocena stanu technicznego pojazdu. Nadużycie tych uprawnień naraża nie tylko prawo, ale przede wszystkim życie i zdrowie innych ludzi na drodze.
Co ta sprawa oznacza dla zwykłych kierowców?
Ujawniony proceder rodzi poważne pytania o skuteczność systemu kontroli stacji diagnostycznych w Polsce. Skoro podobny schemat działał przez cztery lata w jednym regionie, nie można wykluczyć, że podobne przypadki zdarzają się również w innych częściach kraju. Ministerstwo Infrastruktury oraz Transportowy Dozór Techniczny wielokrotnie zapowiadały zaostrzenie nadzoru nad stacjami kontroli pojazdów, jednak przypadki korupcji wśród diagnostów wciąż się pojawiają.
Dla przeciętnego kierowcy sprawa ta jest przypomnieniem, że obowiązkowe badanie techniczne nie jest jedynie formalnością – to mechanizm, który ma chronić wszystkich uczestników ruchu drogowego. Gdy ten mechanizm zawodzi z powodu korupcji, konsekwencje mogą być tragiczne. Policja podkreśla, że śledztwo jest kontynuowane i możliwe są kolejne zatrzymania.

