Kiedy ostatnio słyszałeś słowo „łaziebnik”? Albo „klikon”? Albo „woziwoda”? Te nazwy brzmią dziś obco — a kiedyś były to zawody, bez których polskie miasta i miasteczka po prostu nie mogłyby funkcjonować. Oto sześć profesji, które zniknęły na zawsze — i historia każdej z nich.

Latarnik uliczny — człowiek który zapalał noc

© Pexels.com

Wyobraź sobie pracę, w której każdego wieczoru o zmierzchu musisz obejść całe miasto i zapalić po kolei każdą latarnię gazową, a o świcie — zgasić. Właśnie to robił latarnik uliczny, zwany też lampucerem. Zawód ten był powszechny od czasu wynalezienia gazowej latarni ulicznej aż do elektryfikacji miast na przełomie XIX i XX wieku.

Latarnik chodził z długą metalową zapalniczką, podchodził do każdej latarni i uruchamiał płomień. Wieczory w deszczu, mrozie, w upale — bez względu na pogodę. Zawód wymagał punktualności i znajomości miasta jak własnej kieszeni. Jeszcze około roku 1960 po Powiślu w Warszawie chodził wieczorami człowiek z długim metalowym prętem, zapalając kolejne lampy.

Dziś latarnicy uliczni przetrwali tylko w jednym miejscu w Polsce — na Ostrowie Tumskim we Wrocławiu, gdzie w historycznym stroju zapalają i gaszą 102 latarnie gazowe każdego dnia. To największe skupisko gazowych latarni ulicznych w Polsce — i prawdopodobnie jedna z najbardziej romantycznych prac w kraju.

Łaziebnik — fryzjer, lekarz i kąpielowy w jednym

W średniowiecznej Polsce łaźnia publiczna nie była tylko miejscem do mycia. Była centrum życia społecznego — czymś w rodzaju dzisiejszego centrum zdrowia połączonego z zakładem fryzjerskim. A człowiekiem który tym wszystkim zarządzał był łaziebnik.

Łaziebnik przygotowywał kąpiele, dostarczał wodę i nalewał ją do wanien, ale to tylko część jego obowiązków. Stawiał też bańki, puszczał krew — popularną w średniowieczu metodę leczenia — golił brody i wyrywał zęby. Jego wiedza opierała się na medycynie ludowej i doświadczeniu. Był kimś pomiędzy dzisiejszym fryzjerem a ratownikiem medycznym.

Łaziebnik był blisko spokrewniony z cyrulikiem — zwanym też balwierzem — który od średniowiecza pełnił funkcję „lekarza od wszystkiego i niczego”. Cyrulicy wykonywali proste zabiegi chirurgiczne, leczyli rany, a ich charakterystyczny znak — biało-czerwona spiralna laska — przetrwał do dziś jako symbol zakładu fryzjerskiego w wielu krajach zachodnich.

Klikon — żywy głośnik miejski

Stara brukowana ulica starego miasta nocą
© Pexels.com

Zanim pojawiły się gazety, radio i internet, informacja musiała jakoś dotrzeć do mieszkańców miasta. Robił to klikon — zwany też krzykaczem miejskim lub obwoływanym. Jego praca polegała na chodzeniu po ulicach i obwieszczaniu na głos ważnych wiadomości: decyzji władcy, wyroków sądu, dat targów, śmierci ważnych osobistości czy zarządzeń dotyczących podatków.

Klikon musiał mieć silny głos, dobrą dykcję i sprawne nogi — bo obchodził dosłownie całe miasto piechotą. Często nosił charakterystyczny strój lub dzwonek, żeby mieszkańcy wiedzieli że mają słuchać. To była jedna z niewielu służb miejskich dostępna dla osób bez wykształcenia i majątku.

W niektórych miastach Europy klikonów można jeszcze spotkać — ale wyłącznie jako atrakcję turystyczną. W Polsce zawód zniknął całkowicie wraz z upowszechnieniem prasy.

Woziwoda — człowiek który dostarczał wodę

Wyobraź sobie miasto bez wodociągów. Nie ma kranów, nie ma rur, nie ma bieżącej wody. Jak codziennie dostać wodę do domu? Kupujesz ją od woziwody — człowieka który ciągniętym przez konia wozem dowoził wodę ze studni lub rzeki bezpośrednio pod drzwi mieszkań i kamienic.

Woziwoda był postacią równie ważną jak dzisiejszy dostawca gazu czy elektryk. Bez niego codzienne gotowanie, mycie i pranie było niemożliwe. W większych miastach woziwodowie tworzyli gildie i mieli wyznaczone trasy. Opłata za wodę była pobierana z góry — i była obowiązkowa dla wszystkich, których nie stać było na własną studnię.

Zawód zniknął wraz z budową nowoczesnych sieci wodociągowych. W Warszawie pierwsze wodociągi powstały w 1886 roku. W mniejszych miastach i wsiach woziwodowie pracowali jeszcze na początku XX wieku.

Karczmarz i szynkarz — gospodarz dawnej Polski

Rzemieślnik pracujący przy ogniu w tradycyjnym warsztacie
© Pexels.com

Karczmarz to nie po prostu właściciel baru. Karczma była centrum wiejskiego i małomiasteczkowego życia przez kilka stuleci polskiej historii. To tu zatrzymywały się dyliżanse i kupcy, tu odpoczywali wędrowcy, tu odbywały się targi i wesela, tu rozstrzygano spory — a karczmarz był gospodarzem tego wszystkiego.

Karczmarz prowadził zajazd, sprzedawał alkohol, wynajem koni i furmanek, nocleg i wyżywienie. W mniejszych miejscowościach często był też jedynym miejscem gdzie można było cokolwiek kupić. Przez wieki karczmy były dzierżawione przez szlachtę i prowadzone przez Żydów — co było ważnym elementem struktury społecznej dawnej Rzeczpospolitej.

Zawód karczmarza zniknął wraz z rozwojem nowoczesnego handlu, sieci hotelowej i zakazami alkoholowymi w różnych epokach. Samo słowo jednak przetrwało — „karczma” funkcjonuje w języku polskim do dziś jako poetyckie określenie gospody lub restauracji.

Druciarz — pogotowie naprawcze na własnych nogach

Ostatni na tej liście to druciarz — wędrowny rzemieślnik, który chodził od wsi do wsi i naprawiał garnki, miski, wiadra i inne naczynia za pomocą drutu. W czasach gdy każdy przedmiot był cenny i drogi, druciarz był nieoceniony — potrafił „uratować” pęknięty garnek czy kosz, który dziś bez wahania wyrzucilibyśmy do śmietnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *