Są ludzie, których życie zdaje się być zbudowane z jednej wielkiej, powtarzanej co roku decyzji – i ta decyzja sprawia im radość przez kilkadziesiąt lat. Dave MacPherson jest właśnie taką osobą. W lipcu 1955 roku ten 22-letni student z Kalifornii postanowił zostać absolutnie pierwszym zwykłym człowiekiem, który wejdzie do właśnie otwartego Disneylandu. I udało mu się. Od tamtej pory wraca tam każdego roku.
To nie jest tylko miła anegdota. To historia człowieka, którego spontaniczna decyzja podjęta w środku nocy zmieniła jego życie na zawsze – a przynajmniej jego coroczny kalendarz.
Letnia noc, telewizor i szalony pomysł
17 lipca 1955 roku Walt Disney zorganizował wielkie otwarcie swojego pierwszego parku tematycznego w Anaheim w Kalifornii. Uroczystość była transmitowana na żywo w telewizji – miliony Amerykanów oglądały, jak przez bramę wkraczają gwiazdy Hollywood, reporterzy i zaproszeni goście. Dla zwykłego widza była to impreza całkowicie niedostępna. Park miał zostać oficjalnie otwarty dla publiczności dopiero następnego dnia.
Dave MacPherson, student Long Beach State College, siedział tamtego wieczoru przed telewizorem i patrzył na celebrytów paradujących po alejkach parku. W pewnym momencie przyszła mu do głowy myśl prosta jak słońce nad Kalifornią: co będzie, jeśli pojadę tam teraz i ustawię się w kolejce jako pierwszy? Nie jutro rano, nie o świcie – ale już, tej nocy.
20 km motocyklem, środek nocy, pierwsza kolejka w historii
MacPherson wyłączył telewizor, wziął klucze do motocykla i ruszył. Około 20 kilometrów dzieliło Long Beach od Anaheim. Dotarł tam przed godziną drugą w nocy. Do otwarcia kas zostało kilka godzin – Dave ustawił się przy okienku jako jedyna osoba na placu i zaczął czekać.
Z czasem za nim zaczęli ustawiać się kolejni chętni. Gdy kasa w końcu otworzyła się rano 18 lipca, za jego plecami stało już ponad 6000 osób. Ten widok – jak sam wspomina – pozostał w jego pamięci na całe życie.
Pierwszy bilet, dożywotnia przepustka i karta gratulacyjna
Gdy Dave MacPherson kupił pierwszy bilet sprzedany zwykłemu klientowi, razem z nim otrzymał specjalną kartę gratulacyjną upoważniającą do darmowych przejazdów na atrakcjach. Nie zdążył jej jednak wykorzystać tego dnia – czekała go długa droga powrotna do Long Beach. Sam bilet też gdzieś zaginął z biegiem lat.
Historia przetrwała – a Disneyland docenił wyjątkowy wyczyn Dave’a, przyznając mu dożywotnią przepustkę do parku. MacPherson korzysta z niej skrupulatnie: przez wszystkie te dekady ani razu nie opuścił corocznej wizyty.
Tradycja, która trwa do dziś
Dziś Dave MacPherson przyjeżdża do Disneylandu co roku w towarzystwie swojej żony Wandy oraz przyjaciół – Marty i Joe Ortizów. Historia tej przyjaźni jest zresztą osobną ciekawostką: Joe również był na otwarciu parku w 1955 roku, tyle że obaj mężczyźni minęli się w tłumie i nie mieli pojęcia o swoim istnieniu. Dopiero dekady później połączył ich los i wspólna pasja do Disneylandu.
Sam park przeszedł przez te lata ogromne zmiany. Z projektu, który kosztował Walta Disneya 17 milionów dolarów i był przez wielu ekspertów uważany za finansowe szaleństwo, Disneyland stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc na świecie – odwiedzonym przez setki milionów ludzi z ponad 100 krajów.
Więcej niż ciekawostka
Łatwo przejść obok tej historii z uśmiechem i wrzucić ją do szuflady z napisem „miłe anegdoty”. Ale warto przez chwilę się zastanowić: co skłania człowieka, by przez kilkadziesiąt lat z uporem wracać w to samo miejsce? Nie nostalgia, nie obowiązek – po prostu radość. Taka, którą Dave MacPherson poczuł jako pierwszy ze wszystkich zwykłych ludzi, którzy kiedykolwiek stanęli u bram Disneylandu.
Może właśnie to jest prawdziwa magia parków rozrywki – nie kolejki, nie atrakcje, ale momenty, które zostają z nami na całe życie.
Czy byliście kiedyś w Disneylandzie? Jakie wspomnienie stamtąd zabraliście? Napiszcie w komentarzach!

